Po nocy w aucie postanowiliśmy wrócić na jeden dziń do hostelu i odpocząć przy basenie oraz wymyślić co robić do dnia naszego wylotu z Miami do Las Vegas. Everglades było w planie już wcześniej, Sarasota powstała nad basenem, natomiast Homestad jakoś tak wyszło.

Wymyśliliśmy i następnego dnia zebraliśmy się i pojechaliśmy do parku z aligatorami, dla wielu znanego z pewnego filmiku z naszym rodakiem!

Everglades

Trafiliśmy bez problemu, a z kartą America the Beautiful nie musieliśmy płacić za wejście. Kartę tę kupiliśmy jeszcze w Kolumbii za 20 dolarów od naszych rodaków, których spotkaliśmy przy katedrze Las Lajas (www.notosruuu.com). Rozstawiliśmy się na kempingu „Flamingo” i poszliśmy zwiedzać. A w zasadzie pojechaliśmy, bo w Stanach parki narodowe zwiedza się raczej z perspektywy samochodu. Zrobiliśmy kilka tras, ale w większości to raczej zwykły spacer po mokradłach. Fajne, ale nie urywa.

Nie mieliśmy też szczęścia do zwierzaków, pierwszego dnia widzieliśmy zaledwie jednego aligatora, drugiego dnia kilka więcej, a podobno jest ich tam całe mnóstwo. W czasie kiedy byliśmy w parku pogoda była bardzo upalna, więc aligatory i krokodyle postanowiły przeczekać nas w chaszczach, w których raczej nie mieliśmy szans ich zobaczyć.

Na trasie spotkaliśmy starszego pana, który na emeryturze postanowił zjechać swój kraj motocyklem i w Everglades na tyle mu się spodobało, że mieszka na polu namiotowym od 3 miesięcy. Bardzo wyluzowany, gdy go spotkaliśmy siedział na ławeczce, palił blanta i spokojnie czekał na aligarory. Wieczorem zrobiliśmy sobie ognisko, w którym paliliśmy kokosem, zeschniętymi liśćmi palmy i innymi badylami. Nie będziemy przecież płacić 7 dolarów za drewno, skoro pod namiotem mamy takie skarby. Na przyszłość – nierozłupane kokosy palą się kiepsko 🙂

Podczas naszego pobytu wynajęliśmy canoe (28 dolarów/4 godziny), z perspektywy którego widzieliśmy dwa małe aligatory i jednego średniego. Spodziewaliśmy się więcej, bo w marinie z której wypływaliśmy pałętały się 2 całkiem spore okazy. Mamy za to fajne fotki z chmurami odbijającymi się w wodzie!

Na marginesie – w całym parku, dzięki gigamokradłom, było mnóstwo komarów. Bardzo krwiożerczych komarów. W sklepie kupiliśmy repellent z niemal 100% DEET, ale i to było za mało. Justynę jeden ukąsił w okolice oka (ha! nie popsikała!) i następnego dnia wyglądała jak ofiara przemocy domowej, tylko bez kolorków.

 

Homestad (Florida City)

Po południu wyjechaliśmy z Everglades w kierunku zachodniego wybrzeża. Zatrzymaliśmy się w McDonaldzie żeby sprawdzić, czy ktoś zaakceptował nasze zaproszenie na CSa, niestety nikt tego nie zrobił. Po ostatniej przygodzie z namiotem w parku, może to i lepiej? Chcieliśmy też zrobić porządek z przednią szybą w samochodzie (pojawiła się mała ryska), bo sądziliśmy, że uszkodzenia szyb i lusterek nie są ujęte w ubezpieczeniu auta i firma wynajmująca nas za to nieźle skasuje. W warsztacie powiedzieli nam, że nie ma sensu nic z tym robić, lepiej oddać samochód w takim stanie w jakim jest. I słusznie, w umowie którą podpisaliśmy nie było mowy o jakichkolwiek wyłączeniach.

Ponieważ było już dosyć późno, mieliśmy do wyboru spać na kempingu, gdzie stały same kampery i ogólnie był syf, albo spać w aucie na parkingu pod Walmartem. Prosty wybór 🙂 Przy okazji poszliśmy na zakupy, kupiliśmy coś do jedzenia i wino. W McDonaldzie, które w USA służy nam za kafejkę internetową, spotkaliśmy Jasona. Chłopak również nie miał gdzie nocować tego dnia, uciekł mu autobus do Key West, gdzie na codzień mieszka i pracuje na kutrze rybackim, przy połowie krabów i homarów. Podobnie jak my postanowił spać przy sklepie. Poszliśmy więc na parking na wino.

Jasonowi należy się osobny akapit. Gość jest byłym komandosem, który służył w Afganistanie 2 lata. Ma na swoim koncie 31 potwierdzonych zabójstw. Jak sam powiedział, było to raczej mało, jego koledzy z jednostki mieli średnio po 50-60. Po dwóch latach służby postanowił zrezygnować i przejść w stan spoczynku, co nie było łatwe. Jason po służbie miał kłopoty z alkoholem, spotykał się z dziewczyną uzależnioną od heroiny i chyba ogólnie był mocno odklejony. Jak powiedział, teraz jest już innym człowiekiem i nikogo by nie zabił. Wtedy to zrobił, bo „jego kraj go o to poprosił”. Obecnie pracuje kiedy jest sezon na homary (6 miesięcy w roku), a resztę czasu jest na lokalnej kuroniówce (1200 dolarów/mc). Jeszcze ciekawostka – wkrótce skorzysta z programu Volkswagena. Kiedyś kupił z dziewczyną popsutą Jettę i ją naprawił, a teraz w ciągu 2 lat dostanie od VW nowe auto. Zawsze wiedzieliśmy, że to porządna firma 🙂

Sarasota

Kolejnym punktem naszej podróży było zachodnie wybrzeże Florydy. Planowaliśmy spać na polu namiotowym „Turtle”, ale nie przyszło nam do głowy go rezerwować. Przecież na pole namiotowe uda się gdzieś wcisnąć, z resztą – rezerwować miejsce na namiot? W USA tak to jednak nie działa. Tu kempingi mają ograniczoną liczbę stanowisk, przystosowanych głównie dla kamperów. Z racji weekendu na naszym polu namiotowym, jak i wszystkich pobliskich, wszystkie miejsca były zajęte. Nie pozostało nam nic innego – Walmart B&B. Za nim jednak spędziliśmy romantyczny wieczór w Mazdzie na parkingu centrum handlowego, poszliśmy na plażę i poczekaliśmy na zachód słońca.

Drugiego dnia udało nam się wbić na kemping w bardzo ładnym parku stanowym Oscar Scherer. Na miejscu zagadała nas pewna Pani, której dziadkowie pochodzili z Polski i którzy przenieśli się do Stanów na początku XX wieku. Jej syn jest aktorem i od kilku tygodni występuje w Jeziorze Łabędzim w balecie w Sarasocie. W USA ludzie bardzo lubią rozmawiać o polityce, a Pani okazała się być wygadanym rozmówcą. Uzasadniła nam dlaczego zamierza głosować na Donalda Trumpa (człowek sukcesu, daje nadzieję na przywrócenie USA dawnego statusu, bezpieczeństwa, bez masowego napływu latynoskich imigrantów), dlaczego uważa rządy Obamy za porażkę (nieudana reforma medyczna, nieszczelna południowa granica, za mała pomoc dla czarnoskórych rodzin, zarzucenie programu budowy tarczy antyrakietowej, zadłużanie kraju) i skrytykowała Hillary Clinton za jej zachowanie w czasie kryzysu w Benghazi oraz podejście do spraw kobiet. Zostaliśmy również zapytani o to, jaki wpływ na Polskę może mieć Brexit.

Kobieta, która przez kilka tygodni mieszkała z synem w namiocie, bo (chyba?) nie było ich stać na wynajem pokoju, pyta nas o opinię na temat wpływu wyjścia Wielkiej Brytanii z UE.

Skończyliśmy rozmawiać, poszliśmy spać, zaś rano ta sama Pani przyniosła nam kawę. Pomyślała, że nie pewnie nie mamy i przyniosła nam dzbanek świeżo zaparzonej kawy, cukier i mleczko. Nieźle, co?

Po śniadaniu pojechaliśmy na plażę Siesta Key, gdzie piasek jest delikatny jak mąka, do tego jest w tym samym kolorze. Wykąpaliśmy się, zrobiliśmy aligatora z piasku, zaś wieczorem pojechaliśmy spowrotem do Miami.

Następnego dnia mieliśmy lot do Las Vegas, które miało być dla nas bazą wypadową do parków narodowych Grand Canyon, Antelope, Zion, Red Rock i Death Valley. Dalej pojechaliśmy do Yosemite i Big Sur. Mamy więc spore opóźnienia w pisaniu bloga, co najmniej 5-6 wpisów. Niestety nie za bardzo mamy jak ich spisywać, praktycznie ciągle nocujemy na campingach, zazwyczaj bez internetu i dostępu do prądu. Dla przykładu – ten wpis powstał na stojąco, w pralni, pomiędzy pralką i suszarką, w której wirują nasze ciuchy.

No, a tak w ogóle to w latynoskich stacjach radiowych na Florydzie ciągle katują tę piosenkę 🙂

Reklamy