8 maja przywitaliśmy Stany Zjednoczone. Jest to pierwszy i jedyny kraj Ameryki Północnej który odwiedzimy podczas naszej podróży. Pierwotnie planowaliśmy jakieś 15-17 dni, finalnie wyjdzie jednak jakieś 25. Pod koniec marca wprowadziliśmy spore zmiany do naszych planów podróżniczych, wykreśliliśmy z nich wszystkie kraje Ameryki Środkowej, Meksyk i Indie, zaś w zamian daliśmy sobie więcej czasu na USA (25 dni), Japonię (która wypada, wpada Korea Południowa, około 14-17 dni), Nepal (miesiąc) i Nową Zelandię (miesiąc).

Przygody w Stanach zaczęliśmy wcześniej niż sądziliśmy. Po wyjściu z samolotu, w którym byliśmy chyba jednymi nielatynosami, doszliśmy do kontroli paszportowej. I zatrzymaliśmy się tam na kolejne półtora godziny. Urzędnikowi wydało się podejrzane, że lecimy do USA bez biletów powrotnych, do tego lecimy z Kolumbii i ogólnie od dłuższego czasu włóczymy się od kraju do kraju. Dostaliśmy więc pytania gdzie już byliśmy, czy pracujemy, dlaczego mamy ze sobą tak mało bagażu, skąd mamy pieniądze, ile ich mamy na rachunkach i w gotówce. A w gotówce mieliśmy 20 dolarów. Wysłano więc nas na przeszukanie bagażu. Tam kolejny urzędnik kazał nam opowiedzieć o całej podróży, od samego początku, tj. co robiliśmy w Brazylii, jak podróżowaliśmy itd., w międzyczasie przetrząsając nasze plecaki, skanując kije trekkingowe, obmacując kapelusze. Nic nie znalazł. Dostaliśmy więc nasze pieczątki i z uczuciem ulgi poszliśmy do wypożyczalni samochodów.

Ulga była spora, bo zapomnieliśmy wyrzucić liście koki, które woziliśmy ze sobą od Peru! Pozbyliśmy się ich dopiero w hostelu w Miami.

Wcześniej zabukowaliśmy sobie samochód przez rentalcars.com, dostaliśmy Mazdę 3, wyjeżdzone 20 000 kilometrów, czyli w zasadzie nówka sztuka. Swoją drogą, bardzo polubiliśmy ten samochód. Mocno naszpikowany elektroniką, mnóstwo czujników, kamerka do cofania, automat (jak to w USA). W zasadzie samochód prowadzi się sam. Jedyny minus jest taki, że nie informuje, czy w danym miejscu można parkować. Nieobeznani z przepisami drogowymi w Stanach zaparkowaliśmy w miejscu w którym nie mogliśmy i za tę naukę zapłaciliśmy 34 dolary na dzień dobry 🙂

Po tym jak opuściliśmy lotnisko poczuliśmy, że wjechaliśmy do dużego kraju. W sensie – DUŻEGO. Duzi są tu ludzie, samochody, budynki, porcje w knajpach. Nawet w sklepie nie można kupić mniejszego masła niż 500 gramów. Przy okazji chcieliśmy zdementować pogłoski, że w Stanach jest tanio. Tania jest benzyna, średnio 2,20 zł za litr. Reszta jest po prostu droga. Serio, ceny są średnio 3 razy wyższe niż w Polsce. Dlatego naszym partnerem w podróży został Walmart, gdzie pośród całej tej drożyzny jest najtaniej. Drogo, ale najtaniej. Do tego ceny w sklepach podane są bez podatku, więc kiedy myślisz, że za 2 bagietki, 4 pomidory i ser zapłacisz 8 dolarów, przy kasie wyskakujesz z 9. Musimy chyba zacząć brać przykład z Jarosława Kuźniara 🙂

O Miami

Naszą bazą było Miami Beach, gdzie znaleźliśmy hostel za 19 dolarów za osobę za noc. Próbowaliśmy znaleźć Couchsurfing, ale się nie udało, za duża konkurencja. A hostel w sumie był spoko, w dobrej lokalizacji (Southbeach), z basenem, dużą kuchnią i małymi sypialniami. Mieszkaliśmy 200 metrów w linii prostej od plaży, która jest naprawdę piękna, do tego wrażenie potęgował kolor wody.

Tego samego dnia w którym zostaliśmy przetrzepani na lotnisku, pojechaliśmy na spotkanie z Couchsufringu, taki piknik na plaży. Nie wzięliśmy ze sobą aparatu, a szkoda. Z Biscayne Beach był wspaniały widok na Downtown, który robi niesamowite wrażenie. Wszystkie te wieżowce i apartamentowce położone nad zatoką, w nocy światła odbijające się od lustra wody. Mogło być dobre zdjęcie 🙂

Drugiego dnia pokręciliśmy się po mieście, byliśmy na plaży i poplanowaliśmy co robić dalej. Na Florydzie mieliśmy spędzić 9 dni, opróćz Miami postanowiliśmy zwiedzić Key West, PN Everglades i okolice Sarasoty. Naszym planem podzieliliśmy się z Kanadyjczykiem (Clarke), który postanowił do nas dołączyć na wycieczkę do Key West. Clarke w swoim życiu odbył roczną podróż dookoła świata dwukrotnie. Był dla nas jednocześnie przewodnikiem do Stanach, pomógł lepiej rozplanować nasz pobyt, jak i podzielił się z nami swoimi doświadczeniami z Azji. Fajny gość, który robienie selfie opanował do poziomu ekspert 🙂

Key West

Wypad do Key West rozpoczęliśmy z samego rana, wyruszyliśmy o 7. Planowaliśmy snorkling na lokalnej rafie, ale fale okazały się za duże i nie miałoby to większego sensu, za mała widoczność.

Ogólnie najlepsza w tej wycieczce była sama trasa. Odległość od Miami do KW to jakieś 270 kilometrów, z czego grubo ponad 100 wiedzie mostami i wysepkami zbudowanymi na rafie koralowej. Widok po prostu świetny. Key West to ostatnia miejscowość na trasie, 90 mil dalej jest już Kuba.

Samo miasteczko jest bardzo ładne, ale kosmicznie drogie, dlatego nie nocowaliśmy na miejscu, tylko tego samego dnia wieczorem wróciliśmy do Miami. Nie stołowaliśmy się też w lokalnych restauracjach, tylko wzięliśmy swoje jedzenie i urządziliśmy sobie bardzo przyjemny piknik przy plaży.

Po zachodzie słońca zabraliśmy zabawki i rozpoczęliśmy 4 godzinny powrót do Miami. Nie mieliśmy zabukowanego hostelu, udało nam się bowiem znaleźć hosta na Couchsurfingu. Odstawiliśmy Clarka do hostelu, a na umówione miejsce, pod Starbucksa, dojechaliśmy dopiero o 2 w nocy. Ostrzegliśmy jednak o tym naszego nowego przyjaciela, nie miał nic przeciwko. Po miłym przywitaniu poszliśmy, jak sądziliśmy, w stronę mieszkania naszego hosta. Po 20 minutach marszu z ciężkimi plecakami zatrzymaliśmy się przy zagajniku z drzewami, gdzie jak się okazało, nasz host mieszka w swoim namiocie!

Tego się nie spodziewaliśmy. Ostatecznie zdecydowaliśmy się wypić z nim piwko, natomiast my noc przespaliśmy na parkingu w samochodzie. Nasz niedoszły host okazał się być super ciekawym gościem, astrofizykiem, który pisze artykuły do BBC, daje gościnne wykłady w szkołach, napisał książkę dla dzieci i podróżuje z rowerem i namiotem od 3 lat. Powoli, bo był dotychczas w Kanadzie, USA i Meksyku. Sam wybrał taki skrajnie minimalistyczny sposób życia.

Bardzo ciekawe spotkanie. Skończyliśmy gadać o 5, zwinęliśmy karimaty, poszliśmy w miejsce gdzie zostawiliśmy samochód, przeparkowaliśmy pod murek, który miał dać nam cień i poszliśmy w kimę. To był nasz pierwszy nocleg na parkingu w USA. Z dzisiejszej perspektywy – zdecydowanie nie ostatni.

W sumie to parkingi kolejnych Walmartów moglibyśmy opisać jako nasze Bed & Breakfast 🙂

O poranku pojechaliśmy do naszego starego hostelu, zameldowaliśmy się na dobę i odsypialiśmy wczorajszą przygodę. Następnego dnia pojechaliśmy do Parku Narodowego Everglades.

Reklamy