Zasiedzieliśmy się w Tagandze, zdecydowanie. Wynieśliśmy się stamtąd 6 maja, z kolei 8 maja zmienialiśmy kontynent z lotniska w Cartagenie. Google podpowiadało, że z T. do C. powinno się jechać maksymalnie 5 godzin. Nam zeszło jednak sporo więcej. Standardowo wykupiliśmy najtańszy przejazd, nie zapytaliśmy jednak czy autobus jedzie do Cartageny bezpośrednio. Nie jechał, mieliśmy przesiadkę w Barranquilla do mikrobusu, gdzie oprócz nas wciśnięto jeszcze kolejnych 30 osób. Gdzie oni upchnęli nasze plecaki to nawet nie wiemy. Oczywiście musieliśmy zatrzymać się w każdej wsi, żeby zabrać lub wypuścić pasażerów i w ten sposób wyjeżdzając o 11:00 zajechaliśmy na miejsce około 20:00. Na Cartagenę mieliśmy więc zaledwie 1 pełny dzień. Zdecydowanie za mało.

Po przyjeździe do miasta zameldowaliśmy się w hostelu, później poszliśmy do pobliskiej pizzerii, gdzie bardzo dobrze nas nakarmili. Wypiliśmy piwo, pokręciliśmy się po mieście nocą i w zasadzie to by było na tyle. Przed pójściem spać wyszukaliśmy jeszcze free walking tour, na który poszliśmy następnego dnia i z którego pochodzi jakieś 80% zdjęć które zrobiliśmy w Cartagenie.

 

FWT był stosunkowo krótki, ale treściwy. Stare Miasto jest raczej niewielkie, w sam raz żeby je obejść podczas 2-godzinnego spaceru. Nasz przewodnik przybliżył nam historię samego miasta, która jest dosyć dramatyczna. Cartagena jako jedna z pierwszych w Ameryce Południowej ogłosiła niepodległość (11 listopada 1811, czyli 11/11/11). Z racji swojego położenia Hiszpanie nie mogli sobie pozwolić na utratę strategicznego portu w regionie i rozpoczęli blokadę miasta. Finał historii jest taki, że mieszkańcy odcięci od dostaw zaczęli cierpieć głód, szerzyły się choroby, jednak mimo to nie chcieli się poddać i otworzyć bram do miasta. Dopiero po około 150 dniach ogłoszono kapitulację, Hiszpanie zastali Cartagenę usłaną ciałami. Miasto padło, w sporej części padli również i jego mieszkańcy. Całe dowództwo powstania zostało stracone na głównym placu. Miastu udało się uwolnić od Hiszpanów dopiero po przemarszu wojsk Simona Bolivara parę lat po powstaniu. Bolivar to ten gość który wyzwolił tereny dzisiejszej Wenezueli, Kolumbii, Panamy i Ekwadoru. Na jego cześć Boliwia nazywa się Boliwią.

Cartagena jest naprawdę bardzo ładna i bogata. Zachowało się bardzo dużo budynków z czasów kolonialnych, Stare Miasto jest na liście UNESCO. Dzielnica biznesowa wygląda widowiskowo, położona jest nad zatoką, która upstrzona jest biurowcami i apartamentowcami. W samej zatoce jest marina.

Oczywiście znaleźliśmy również pomnik Jana Pawła II. Ogólnie nasz Papież to supergwiazda w Ameryce Południowej, wręcz obiekt kultu. Wystarczy wymienić park jego imienia w Kurytybie, patron ulic w wielu miastach, jego pomnik praktycznie przy każdym dużym kościele w Boliwii czy Kolumbii. Często gdy ludzie dowiadywali się, że jesteśmy z Polski to nawiązywali do JP2, że przyjechał w latach 80. na jakąś pielgrzymkę, nie tworzył dystansu, witał się z tłumem, dotykał ludzi za ręce. Nasi rozmówcy często więcej wiedzieli o Papieżu-Polaku niż my.

Jak to w Ameryce Południowej, handel uliczny na każdym kroku. Justyna w Peru zgubiła kapelusz, postanowiła więc potargować się z lokalnym sprzedawcą. Wyjściowa cena była ultragringo – 75.000 peso (100 zł), po paru minutach kapelusz był nasz za 20.000 🙂

W Cartagenie mieszkał przez jakiś czas Gabriel Garcia Marquez, ten od Stu Lat Samotności. Jarek parę lat temu nawet zabrał się za czytanie tej książki, poległ w okolicach 50 strony.

Wieczorem poszliśmy tam, gdzie zwykle zbierają się lokalsi – na plac przed kościołem. Nie to, żeby się modlić. Tam się pije! Na placu występowała akurat jakaś grupa artystów ulicznych, którym lekko przeszkadzał bezdomny pies. Postanowił się położyć i przespać na środku placu. Pies miał głęboko całe to zamieszanie, widocznie upatrzył sobie to miejsce już wcześniej i nie miał zamiaru rezygnować z drzemki 🙂

8 maja z samego rana wzięliśmy taksówkę na lotnisko i pożegnaliśmy się z Kolumbią. Z ogromnym żalem, czujemy spory niedosyt. Kolumbia jest pięknym krajem, z przyjemnym klimatem, fajnymi ludźmi i do tego, wbrew obiegowej opinii, jest bezpieczna. Wrócimy tam choćby po to, żeby we wrześniu 20XX roku zobaczyć Cano Cristal w pełnej krasie.

Pożegnaliśmy się również z Ameryką Południową. Było super!

 

Reklamy