Z Bogoty polecieliśmy do Santa Marta, która jest nad Morzem Karaibskim. Nie są to jednak takie Karaiby jak np. Dominika albo Bahamy, gdzie plaże są obsypane piaskiem miękkim jak mąka, a woda niemożliwie błękitna. To, co czyni północne wybrzeże Kolumbii super atrakcyjnym to oddalona o rzut kamieniem rafa koralowa.

Wcześniej zabukowany bilet do Miami na 8 maja oznaczał, że na Santa Marta i Cartagenę mieliśmy jakieś 7 dni. Planowaliśmy inaczej, finalnie jednak w Santa Marta zwiedziliśmy tylko lotnisko, do Cartageny dojechaliśmy na ostatnią chwilę, zaś praktycznie cały czas spędziliśmy w Tagandze, miejscowości oddalonej od SM o jakieś 5 kilometrów. Dlaczego nas tak zassało? Otóż postanowiliśmy zrobić kurs nurka na otwartych wodach! Na miejscu bowiem okazało się, że Taganga jest obecnie najtańszym miejscem na świecie jeśli chodzi o ceny kursów nurkowania, ze wspaniałą rafą koralową i całkiem sporą konkurencją ze strony szkółek nurkowych. Drugiego dnia naszego pobytu znaleźliśmy więc szkółkę która nam najbardziej podpasowała (200 dolarów za osobę/ 3 dni /4 zejścia po 45 minut/ licencja SDI), dostaliśmy książki do nauki, zaś trzeciego dnia naszego rezydowania w Tagandze rozpoczęliśmy przygodę w zupełnie nowej dla nas rzeczywistości.

Nasz nauczyciel okazał się być właścicielem szkółki, w tamtym czasie byliśmy jedynymi jego uczniami, więc mieliśmy go na wyłączność, co było super, bo zazwyczaj na kursie jest po 4-5 osób przypadających na 1 prowadzącego. Pierwszy dzień kursu w całości był w basenie, gdzie musieliśmy się najpierw oswoić z akwalungiem, nauczyć się nurkować bez używania rąk, nauczyć się podwodnego migowego itd. To o najlepsze miało jednak przyjść następnego dnia. Wypłynęliśmy wtedy na otwartą wodę, w miejsce gdzie głębokość sięga 12 metrów. Tego dnia mieliśmy 2 zejścia po 45 minut każde.

To co ukazało się naszym oczom to jakiś zupełnie inny świat.

Początkowo wykonywaliśmy ćwiczenia, których uczyliśmy się w basenie. Szło nam dobrze, pewnie dlatego, że oboje pewnie czujemy się w wodzie. Na ostatnie 20 minut popłynęliśmy w stronę rafy i to był szok. Bo jak inaczej opisać chwilę, kiedy 10 metrów od nas przepłynął ogromny żółw morski, żeby położyć się na małej półce skalnej? Ledwo zaczęliśmy się uczyć, a za chwilę mieliśmy doświadczyć czegoś tak rzadkiego. Albo konik morski przy następnym zejściu. Miejsce w którym nurkowaliśmy było tak bogate w faunę morską, że czuliśmy się jakby ktoś zas wrzucił do wielkiego akwarium.

Ostatniego, trzeciego dnia kursu popłynęliśmy na większą głębinę, na 18 metrów. Tam z kolei ćwiczyliśmy trochę inne zachowania niż przy naszych pierwszych zejściach na otwartą wodę, tj. sytuacje awaryjne, nurkowanie z kompasem etc. Na koniec każdego zejścia mieliśmy tzw. fun dive, czyli płynęliśmy na rafę wyłącznie po to, żeby mieć z niej przyjemność. Nasz instruktor wziął ze sobą profesjonalny aparat fotograficzny, które z resztą prezentujemy poniżej. Wielka szkoda, że nie mieliśmy czym robić zdjęć dzień wcześniej, bo tym razem nie udało nam się spotkać ani żółwia, ani konika morskiego. Była za to cała masa innych zwierzaków 🙂

 

Ogólnie nurkowanie to fenomenalna przygoda, coś wspaniałego. Jesteśmy naprawdę bardzo szczęśliwi, że zdecydowaliśmy się na ten kurs właśnie w Kolumbii, w tej konkretnej szkole. Nasz instruktor brał zawsze ze sobą dodatkowo jakiegoś swojego ucznia z kursów dla instruktorów, schodziliśmy więc pod wodę zawsze we 4 (my 2, instruktor i kolejny doświadczony nurek). Biorąc pod uwagę, że dopiero stawialiśmy pierwsze kroki w nurkowaniu, to na dobrą sprawę każde z nas miało swojego prywatnego instruktora. Zdecydowanie nie jest to standard w każdej szkole.

No, zajebiście było. Jaramy się tym nawet jak to piszemy po prawie 2 tygodniach od kursu 🙂

Co jak nie nurkowaliśmy

W sumie nic. Raz zmieniliśmy hostel, pierwszy który wybraliśmy miał być fajny, okazał się jednak sporą pomyłką. Niby miał być basen, a była to raczej mała wanna służąca komarom do rozmnażania się. Drugiego dnia znaleźliśmy więc taki, który był sporo tańszy, miał klimatyzację i był prowadzony w prawdziwie kolumbijski sposób, tj. z perspektywy hamaka i skręta w buzi. Ogólnie jointy w Kolumbii są popularniejsze niż papierosy, pali jakieś 80% społeczeństwa, 1 gram nie kosztuje więcej niż 8 złotych. Jest to tak powszechne, że jak poszliśmy do pizzerii to w ramach gościnności dostaliśmy co nieco do spróbowania od pizza makera, którego przed chwilą odwiedził diler. Taki welcome drink, tylko do palenia, na lepszy apetyt. Oczywiście uprzejmie, acz stanowczo odmówiliśmy! Swoją drogą, pizzę zjedliśmy ze smakiem, całą. Była tak pyszna, że daliśmy 20% napiwek 🙂

O huraganie Katrina, skutkach globalnego ocieplenia i przełowieniu

Jeszcze parę słów na temat obecnego stanu wód na Karaibach i w sumie na świecie. O tym, że globalne ocieplenie na skutek działań człowieka jest faktem, chyba nie trzeba nikogo przekonywać. W Polsce prawdziwej zimy to chyba już dawno nie było. To samo tyczy się krajów gdzie klimat jest tropikalny, jest coraz goręcej. No i niestety w oceanach również. Przez to rafy umierają w szybkiem tempie, jeszcze parę stopini, a pozostanie po nich tylko wspomnienie.

Kolejnym tematem jest przełowienie (overfishing, podajemy angielską nazwę, bo w polskim internecie na ten temat jest staszna nędza). W sumie to niewiele się o tym mówi, a to poważna sprawa. Mało jest już bowiem na świecie łowisk, które nie byłyby eksploatowane. Widzieliśmy niedawno w The Economist taką tabelkę pokazującą stopień zużyccia łowisk na świecie. W użyciu jest ponad 90 procent wód przybrzeżnych, rybami i owocami morza handluje się na całym świecie, to towar. Niestety wiele krajów prowadzi niezrównoważoną gospodarkę morską, która w konsekwencji prowadzi do przełowienia. Dotyczy to również krajów Morza Karaibskiego. Zdaniem naszego instruktora, permanentnie, od 20 lat od kiedy nurkuje, różnorodność i liczba zwierząt w tym rejonie się zmniejsza. Światełka w tunelu nie widać.

No i na sam koniec huragan Katrina, który spustoszył region parę lat temu. Huragan oprócz zniszczeń przyniósł bowiem coś dużo bardziej niespodziewanego. Otóż w Stanach Zjednoczonych dosyć popularną rybką akwariową była skrzydlica (lionfish), jadowita ryba z rejonu indopacyficznego, wygląda jakby była najeżona szpilkami. No więc te rybki w wyniku zniszczeń na lądzie dostały się do morza i świetnie się tam zadomowiły. Problem polega jednak na tym, że one lubią zabijać młode innych gatunków, co dodatkowo powoduje coraz mniejszą różnorodność biologiczną tego regionu. Podwodne polowania na te ryby są więc zajęciem dosyć powszechnym w ostatnim czasie.

Co dalej

Zalegamy z notkami o Cartagenie, podsumowaniem Ameryki Południowej, filmikiem z Patagonii (od 3 miesięcy), Miami, Key West, Everglades i Sarasote. Robienie wpisów wymaga jednak czasu, nie chcemy robić tego na odpierdol, bo w końcu blog to nasza największa pamiątka z podróży. Chcemy jednak napisać i poprosić o komentarz do naszych planów, jeśli ktoś był i może się odnieść. A na pewno może, i to nie jedna osoba!

USA: jutro mamy lot do Las Vegas, gdzie wynajmujemy samochód i następnego dnia z samego rana jedziemy do Grand Canyonu na South Rim (North sobie odpuszczamy). Mamy camping na 1 noc w kanionie. Nastęnego dnia po południu jedziemy na camping w pobliżu PN Antelope, gdzie będziemy nocować i następnego dnia zwiedzać ten park. Dalej jest PN Zion, gdzie pewnie spędzimy 2-3 dni. Odpuszczamy sobie PN Arches i kierujemy się spowrotem do Las Vegas, gdzie planujemy 2 dni. Z LV jedziemy do Death Valley, a stamtąd czeka nas dłuższy przejazd do Yosemite, gdzie chcemy posiedzieć 2-3 dni. Z Yosemite kierujemy się do San Francisco, być może zrobimy jeszcze Pacific Road i zawiniemy do Monterey. Przygodę z USA zakończymy 2 czerwca. Odpuszczamy więc Los Angeles, Santa Monica, San Diego i Tijuanę (Meksyk).

Korea: tak, jedziemy do Korei Południowej 🙂 Co prawda miała być Japonia, ale udało nam się znaleźć bilety z San Francisco do Seulu za 1600 złotych, co jest 1000 zł taniej niż do Tokio. Korea i Japonia to kraje z podobnego kręgu kulturowego, nie mamy więc poczucia, że dużo tracimy na takiej zamianie.

Jeśli ktoś może odnieść się do tego, czy nie pomijamy jakiegoś fajnego punktu w Nevadzie, Utah i Kaliforni, zachęcamy! Co do Korei – użytkownik XOXO powinien mieć co nieco do powiedzenia 🙂

Reklamy