W stolicy Kolumbii spędziliśmy 4 dni, z czego 2 są do wykreślenia. Pierwszego dnia zatrucie pokarmowe rozłożyło Jarka, zaś 2 dni później padła Justyna. Czas był więc bogaty w seriale (bardzo dobry piąty sezon Homeland, pierwsze odcinki Narcos też niczego sobie!), soczki i tabletki z jakimś środkiem antybakteryjnym. W czasie między jednym zatruciem a drugim poszliśmy do muzeum Fernando Botero, muzeum złota, a ostatniego dnia daliśmy się wciągnąć kolejką na lokalny pagórek Monserrat.

Wrażenia z miasta mamy mieszane. Bogota jest położona wysoko, na 2700, na horyzoncie widać wysokie góry, widoczek jest więc niezły. Z drugiej zaś strony sporo tu narkomanów (takich wyposażonych w butapren), miasto stoi w korku, a ładne budynki przemieszane są z brzydkimi.

Wracając z centrum handlowego spotkaliśmy 3 studentki które szły na imprezę pociągając tanie, truskawkowe wino z butelki. Jak to Kolumbijczycy – lubią częstować, a my nie z tych co odmawiają. Ludzie więc na plus! Wino w sumie też 🙂

Więcej w zasadzie nie możemy napisać, bo mało co wychodziliśmy.

Parę dni wcześniej zabukowaliśmy lot z Kolumbii do Miami na 8 maja, musieliśmy więc lepiej niż zwykle planować czas w poszczególnych miejscach, żeby wyrobić się ze wszystkim co chcieliśmy zobaczyć. Chroba spowodowała jednak, że z naszych planów musieliśmy wyciąć San Gil. Naszym następnym celem była więc Santa Marta nad Morzem Karaibskim. Udało nam się kupić bilety na samolot o 9 rano i tego samego dnia o 14 polecieć na miejsce. Rzadko to robimy, ale tym razem cena za lot była naprawdę śmiesznie niska w porównaniu do autobusu, tj. 140 zł i 45 minut lotu, z kolei autobus kosztował 40 zł taniej i jechał 17 godzin.

PS. Jesteśmy na bieżąco z rozgrywkami Ekstraklasy. Jeśli Legia wyłoży się na ostatniej prostej to w końcu w Legii będzie jak w Ajaxie. Co prawda nie promuje wychowanków, ale za to wyniki będą podobne 🙂 Poza tym trzymamy kciuki za Lechię. Do grupy mistrzowskiej weszła rzutem na taśmę, a jak teraz powiezie jeszcze Cracovię to w Gdańsku będą puchary!

 

Reklamy