Dokulaliśmy się do Medellin po wielogodzinnej tułaczce, nawet nie chce nam się liczyć ile czasu nam zeszło na siedzeniu na tyłku w autobusach. Z Mancory do Guayaqil, dalej do Quito, Tulcan, Cali, skąd dotarliśmy do miejsca przeznaczenia. I choć duże miasta nas za bardzo nie pociągają, to Medellin ma jednak swoją magię i historię do opowiedzenia.

O niedawnej przeszłości miasta i narkotykach

Medellin to drugie największe miasto w Kolumbii i dawna stolica narkotykowa świata. Tutaj mieszkał i działał najbardziej znany baron kokainowy – Pablo Escobar, miłośnikom seriali lepiej znany pewnie z Netflixowego „Narcos”, gdzie z resztą ten serial jest kręcony. W czasach świetności jego kartel zarabiał 60 milionów dolarów dziennie, kontrolując około 80% handlu kokainą na świecie, a majątek Escobara magazyn Forbes szacował na 30 miliardów dolarów, co plasowało go w pierwszej dziesiątce najbogatszych ludzi na świecie. Biznes dobrze się kręcił, bo w Kolumbii, oprócz kartelu narkotykowego, działały zmilitaryzowane, skrajnie lewicowe (np. FARC) i prawicowe bojówki, którym kartel płacił za ochronę. Terroryści mieli więc pieniądze, kartel bezpieczeństwo, a urzędnicy wybór (wziąć łapówkę lub zginąć).

Życie w Medellin przestało być jednak łatwe, gdy rząd doszedł do wniosku, że przydałoby się zacząć rządzić we własnym państwie. Rozpoczął więc współpracę z USA (tzw. Plan Colombia, z resztą kontynuowany do tej pory), które dały kaskę, szkolenia i pomoc wywiadowczą. Początkowo plan był okrutnie prosty, tzn. okrutny i prosty, i sprowadzał się do zabicia Escobara, co udało się w 1993. Bez swojego lidera kartel radził sobie jednak całkiem nieźle. Rząd jednak nie ustępował, co wywołało eskalację konfliktu na bardzo dużą skalę. Na tak dużą, że nasz przewodnik po Medellin (poszliśmy na free walking tour) powiedział, że na 8 jego przyjaciół z dzieciństwa 6 zginęło, natomiast jego wujek został porwany dla okupu (200.000 dolarów). W latach 90. Medellin uważane było za najbardziej niebezpieczne miasto świata.

Sytuacja poprawiła się pod dojściu do władzy Alvaro „Żelazna Pięść” Uribe w 2002 roku. Wtedy to rozmowy pokojowe z FARC zostały zerwane, a rząd przystąpił do militarnej ofensywy. Ogólnie gość raczej nie uznawał kompromisów w walce z terrorystami i kartelem, dawał nawet nagrody za każdy mały sukces, tj. każdego zamordowanego bojówkarza. Co czasem powodowało skrzywienie w drugą stronę, tj. niektórzy żołnierze zabijali bogu ducha winnych wieśniaków, przebierali ich, wciskali im karabin do ręki i cykali zdjęcie, żeby dostać nagrodę. Jednak finalnie jego bezwzględne metody dały pozytywny efekt, kartel wycofał się z miast do dżungli (gdzie z resztą siedzą do tej pory), wielu terrorystów, w zamian za łagodne wyroki, złożyło broń.

Obecnie sytuacja w zakresie bezpieczeństwa w Kolumbii poprawiła się na tyle, że z 40.000 turystów rocznie w latach 90. liczba ta wzrosła do 4,5 miliona w 2015. Obecny rząd prowadzi rozmowy dot. demilitaryzacji FARC, pierwotnie plan zakładał podpisanie porozumienia do końca marca tego roku, natomiast porozumienia dalej nie ma. Wydaje się jednak, że to rząd, a nie terroryści, gra lepszymi kartami.

Minie jednak na pewno jeszcze sporo czasu, nim uda się opanować sytuację w dżungli, do której gringos (czyli my) raczej nie mają wstępu. Dżungla bowiem jest jedną wielką fabryką kolumbijskiej kokainy. Należy przy tym pamiętać, że nie ma podaży bez popytu. Produkcję narkotyków napędza przecież ogromny popyt z USA i Europy, pomimo wysokiej ceny kokainy na czarnym rynku, która potrafi kosztować około 100 dolarów za gram (cena „producenta” to 1,5 dolara). Oczywiście wewnątrz kraju cena jest sporo niższa, np. w Boliwii, która też ma dżunglę i swoją kokainę, gram kosztuje 10 dolarów. Szmuglowanie narkotyków przez granicę wiąże się jednak ze sporym ryzykiem, stąd też i wysoka premia.

O Medellin dziś

Dziś jednak Medellin to zupełnie inne miasto. Praktycznie wolne od gangów, z metrem i kolejnymi biurowcami w budowie. Miejsca, które w przeszłości były uważane za niebezpieczne, zostały zrewitalizowane, pobudowano biblioteki, ścieżki rowerowe, odległe rejony miasta zostały połączone z centrum kolejkami linowymi.

Ciekawostka – miasto nie ma swojej dzielnicy czerwonych latarni, natomiast panie lekkich obyczajów kręcą się w okolicach kościołów. Kolumbijscy mężczyźni po numerku z dziwką lubią pójść się pomodlić 🙂

W mieście spędziliśmy około 3 dni, w tym czasie poszliśmy na bardzo fajny, 4 godzinny free walking tour, pojeździliśmy kolejką linową, byliśmy w planetarium i ogrodzie botanicznym. Piliśmy też sok z trzciny cukrowej z limonką, który z czystym sercem polecamy, bardzo orzeźwiający!

 

Medellin, oprócz Pablo Escobara, ma również innego słynnego mieszkańca, którym jest Fernando Botero, czyli kolumbijski odpowiednik Magdaleny Abakanowicz. Jego rzeźby przedstawiają postaci i zwierzęta o nienaturalnych proporcjach, podobno są warte miliony. Rzeźbiarz sprezentował sporo swojemu miastu, dzięki czemu mogliśmy je podziwiać na ulicach.

Są całkiem zabawne, poza jedną, przy której kiedyś została podłożona bomba, która zabiła 30 osób podczas koncertu. Rzeźba (ptak) nie została jednak usunięta, a autor sprezentował miastu kopię, dzięki czemu park stał się miejscem pamięci tej strasznej zbrodni.

Guatape

2 godziny drogi od Medellin znajduje się miejscowość Guatape, do której zajechaliśmy na 1 dzień. Słynie ona głównie z takiego dużego, ponad 200-metrowego kamienia (Piedra del Penol). Pojechaliśmy go obejrzeć, natomiast to nie kamień był w tym wszystkim najfajniejszy. Najlepszy był bowiem widok z jego szczytu. Okolica jest po prostu przepiękna. Żeby wejść na górę trzeba pokonać około 700 schodów.

Po skale poszliśmy do miasta, które też w sumie było niczego sobie, bardzo kolorowe. W oczekiwaniu na autobus powrotny poszliśmy jeszcze na tyrolkę, która poprowadzona była nad jeziorem. Festyn na całego 🙂

 

Reklamy