Kolejnym punktem na mapie Peru, po Kordylierze Białej, było północno-zachodnie wybrzeże Peru niedaleko granicy z Ekwadorem. Początkowo planowaliśmy Punta Sal, ale po dokładniejszym googlowaniu okazało się, że to wieś, co prawda z oceanem, ale i jedynie z 3 domami na krzyż. No, dziura, która żyje jedynie przez 2 miesiące w roku, jak turyści przyjadą z namiotami. Skierowaliśmy się więc do Mancory, gdzie spodziewaliśmy się jednak zastać jakieś życie. Jak się okazało na miejscu – słusznie. Co prawda sklepy nie były w pełni zatowarowane, w niektórych knajpkach nie było sporej części potraw, które były w kartach, ale finalnie znaleźliśmy to czego szukaliśmy – ocean i cywilizację.

Przejazd standardowo trwał długo, najpierw z Huaraz wzięliśmy nocny autobus do Trujillo, a po 4 godzinach oczekiwania na dworcu, kolejny już do Mancory, gdzie finalnie zameldowaliśmy się około 20:00. Łącznie podróż trwała jakieś 23 godziny. Biorąc jednak pod uwagę, że mieliśmy do pokonania około 1000 kilometrów, nie ma tragedii.

Łącznie w Mancorze spędziliśmy 5 dni, w tym czasie byczyliśmy się nad oceanem, popijaliśmy piwo do zachodów słońca, uczyliśmy się surfować (50 soli za lekcję), a Jarek na plaży pokopał piłkę z lokalnymi dzieciakami. Z jedzenia polecamy ceviche, czyli surowe owoce morza zamarynowane w limonce z dodatkiem pikantnej papryczki, podawane razem z cebulką, kukurydzą i batatem. Nietypowe w smaku, obciążające dla żołądka, ale bardzo smaczne!

Trzeciego dnia zmieniliśmy hostel na taki co był 10 metrów od plaży. Bardzo fajne miejsce, przyzwoite ceny, dobre jedzenie, basen, bilard. I obłożenie jakieś 15%, więc w zasadzie wszystko było dla nas. Zalety wypoczynku poza sezonem.

Czwartego dnia rano doszły do nas wiadomości z Ekwadoru, gdzie w nocy było trzęsienie ziemi o sile 7,8 w skali Richtera, szczęśliwie epicentrum było na lądzie, a nie na oceanie. W linii prostej byliśmy jakieś 300-400 kilometrów, wstrząsy nie były u nas odczuwalne. Wolimy nie pisać, co by było, gdyby płyty starły się ze sobą w innym miejscu i wywołały tsunami.

Byliśmy więc w proszku, bo (1) to ogromna tragedia, zginęło ponad 600 osób, (2) mogliśmy na odpoczynek równie dobrze wybrać wybrzeże Ekwadoru, a nie Peru, (3) jakoś trzeba jechać dalej. Na (1) i (2) wpływu już nie mieliśmy, musieliśmy więc dobrze przemyśleć (3).

Geografia wokół nie pozostawiała nam zbyt wielu dobrych wyborów, z zachodu mieliśmy ocean, ze wschodu góry, z północy trzęsienie ziemi, a na południu już byliśmy. Można też poruszać się drogą powietrzną, ale to odpadało z przyczyn finansowych. Postanowiliśmy więc poczekać kolejną dobę (znów plażowanie, ehh) i nasłuchiwać wieści z Ekwadoru. Tam oczywiście były wstrząsy wtórne, ale słabe (najmocniejsze około 5 stopni, czyli blisko 1000 razy słabsze niż ten wstrząs, który zmiótł z powierzchni ziemi 7000 budynków). Naszą decyzją było więc przejechanie przez Ekwador i dotarcie jak najszybciej do Kolumbii.

Dziś jesteśmy mądrzejsi o informacje o późniejszych wstrząsach wtórnych, które były znacząco silniejsze. Postanowiliśmy zostać na dobę w Quito, a w tym czasie był wstrząs o skali 6 stopni. Oczywiście wiemy o tym z internetu, sami nic nie poczuliśmy (może poza dźwiękiem szyby w oknie, choć nie wiemy czy nie był to przejeżdżający autobus).

Ale o tym później.

Reklamy