Naszym kolejnym przystankiem w Peru były Andy. Pojechaliśmy do Huaraz podziwiać najeżoną 6-tysięcznikami, niczym Warszawa wieżowcami, Kordylierę Białą. Dotarcie na miejsce nie było zbyt przyjemne, z Cuzco zajęło nam ponad 30 godzin. Mieliśmy jednak do pokonania 1500 kilometrów, najpierw po górach, później wzdłuż oceanu do Limy, gdzie przesiedliśmy się w kolejny autobus bezpośrednio na miejsce.

Szybka dygresja na temat Limy. Spędziliśmy tam 4 godziny i nie zobaczyliśmy praktycznie nic poza gigakorkami. Ale za to trafiliśmy do wspaniałego chińczyka. To była uczta. Jeśli chodzi o doznania smakowe, niczym nie ustępowały takim klasykom jak indyk w sosie masłowo-czosnkowym (Warszawa, Batorego) lub kurczak Szanghaj (Warszawa, przystanek Piaski). Po 22 godzinach spędzonych w autobusie nie mogło nas spotkać nic lepszego 🙂

Ale do tematu. Otóż jak dotarliśmy do Huaraz to w pierwszej kolejności musieliśmy zaopatrzyć się w gaz do palnika i jedzenie. W końcu przez kolejne 4 dni nie będzie cywilizacji, o sklepach nie wspominając. Wzięliśmy więc ze sobą warzywa, owoce, makaron, zupki chińskie, batony energetyczne, wodę, chleb i takie tam. Kupiliśmy też tabletki do uzdatniania wody, bo niestety w tych górach pasie się masakrycznie dużo krów, pałętają się osiołki i zanieczyszczają wodę. Nie jest więc tak luksusowo jak w Patagonii, gdzie wodę można pić nawet z rzeki. W Cordiliera Blanca może się to skończyć w najlepszym razie zatruciem pokarmowym, a w najgorszym bąblowicą, czy innym pasożytem.

Trekking Santa Cruz postanowiliśmy zorganizować sobie na własną rękę, w końcu cały niezbędny sprzęt mieliśmy ze sobą. Można też zakupić wycieczkę zorganizowaną za 280 soli/os (4 dni, 3 noce, osiołki niosą bagaże) lub wynająć sprzęt w wypożyczalni i pójść samemu (około 140 soli).

Nasz plan na trekking był następujący – wykupujemy wycieczkę na Laguna 69 (40 soli), a później łapiemy collectivo do Vaqueria, gdzie nocujemy i z samego rana wyruszamy na trasę. Z perspektywy czasu oceniamy ten pomysł bardzo dobrze, wydaje nam się, że takie rozwiązanie jest optymalne czasowo dla wszystkich którzy chcą zaliczyć zarówno lagunę jak i trekking Santa Cruz.

mapa santa

Laguna 69

Bardzo chwytliwa nazwa, łatwo zapada w pamięć, miło się kojarzy. Studentowi marketingu dalibyśmy 5!

Wyruszyliśmy busem przed 6:00, do bazy wypadowej do laguny dojechaliśmy około 9:30. W drodze oczywiście poznaliśmy Polaka, Krzyśka, który wkrótce kończy swoją 3-miesięczną przygodę w Ameryce Południowej. Po dojechaniu na miejsce czekał nas przyjemny, choć trochę męczący, 2,5 godzinny spacer w górę. Nie było jakoś szczególnie łatwo, bo musieliśmy podejść prawie 700 metrów, na 4650 mnpm. Po drodze jednak widoki były piękne, meandrująca rzeka, dolina i góry, w tym ta najwyższa w Peru – Huascaran (6768 mnpm). Na sam koniec czekał nas gwóźdź programu, czyli laguna. Razem z otaczającymi ją szczytami robiła kapitalne wrażenie.

Na miejscu posiedzieliśmy chwilę, zjedliśmy, poobserwowaliśmy jak inni zwijają się z zimna po wyjściu z jeziora (niektórzy wpadają na takie pomysły, woda w lagunie pochodzi z lodowców, była więc raczej chłodna). Gdy po 2 godzinach marszu wróciliśmy do busika, wzięliśmy swoje plecaki, pożegnaliśmy się ze współwycieczkowiczami, wypatrzyliśmy collectivo i pojechaliśmy do Vaquerii.

Santa Cruz – dzień 1.

Vaqueria to miejscowość, która nie zasługuje na to, by nazywać ją wsią. Jest tam może 5-6 domów, z czego może 2-3 oferują nocleg. My uznaliśmy, że w namiocie jeszcze się naśpimy, a skoro mamy możliwość, to prześpimy się w hospedaje za 30 soli za pokój (33 zł). Jak wszędzie w Peru – o dobrą cenę należy się targować. Tym razem jednak negocjacje były wyjątkowo podłe. Najpierw usłyszeliśmy cenę 10 soli/os, później jak przyszło do oglądania pokoju to Pani powiedziała, że może i cena wynosi 10 soli za osobę, ale za parę to już 30. Pokręciliśmy nosem, ale uznaliśmy, że na dobrą sprawę to i tak jest tanio. Gdy przyszło jednak do płacenia (płatność z góry), Pani przyszła z kajecikiem, w którym miała napisane, że jednak za 2 osoby to powinniśmy zapłacić 50 soli. Byliśmy już rozpakowani, ugotowaliśmy sobie jedzenie, ogólnie było miło, ale jak usłyszeliśmy tę nowinę, to przestało być przyjemnie. Powiedzieliśmy więc, że się zawijamy i że ogólnie kobieta jest niepoważna. Niepoważna, ale nie tak zupełnie głupia, w końcu 30 soli to ciągle więcej niż 0, finalnie stanęło więc na 30. Gdybyśmy jednak przeszli się po innych miejscach, można znaleźć nocleg za 20 soli/pokój.

Na trasę wyszliśmy około 8:00. Szybko okazało się, że dobre oznakowanie szlaku to jedynie plotka. W tym miejscu musimy zarekomendować wszystkim, którzy chcą pójść na ten trekking samemu, aby koniecznie zainstalowali sobie w smartfonach aplikację Maps.me. Mapy działają offline, korzystają z GPS i mają sporo tras pieszych. Bardzo przydatne, gdy zboczy się ze szlaku, co nam się oczywiście zdarzało.

W drodze mijaliśmy mnóstwo krów, trzeba było uważać pod nogi, łatwo można było się poślizgnąć! Początek trasy jest bardzo łatwy i przyjemny, podchodzi się z wysokości 3300, by po 5 godzinach dotrzeć do campingu Paria na wysokości 3870. Niby prawie 600 metrów w górę, a w ogóle tego nie czuliśmy. Co innego droga do kolejnego campingu, oddalonego ledwie o 2 godziny i 300 metrów wyżej, na 4200. Łatwo zgubić drogę, jest stromo, a na samym campingu wesoło pasą się krowy. Początkowo chcieliśmy je przepędzić, natomiast to jednak one czują się właścicielami trawki na której się rozstawiliśmy, więc nie odpuściły. Ostatecznie daliśmy sobie spokój, jak zirytowany byk obniżył łeb i zaorał racicą. Uznaliśmy, że w sumie to my się na krowach nie znamy i może lepiej z nimi nie zadzierać 🙂

Z kolei gdy przyszło do gotowania jedzenia, zorientowaliśmy się, że nie wzięliśmy 6 zupek chińskich z Vaquerii. Drogą dedukcji doszliśmy do wniosku, że inni lokatorzy przybytku w którym spaliśmy musieli przypadkiem nam je zabrać, bo sami również dzień wcześniej je gotowali. Pewnie uznali, że to ich, a my nie zorientowaliśmy się pakując plecaki, że ich nie mamy. Trudno, finalnie i tak mieliśmy ze sobą wystarczająco jedzenia, aby nie głodować.

W nocy rozpadało się straszliwie, nad nami przeszła burza. Nic przyjemnego. Szczęśliwie namiot dał radę.

 

Santa Cruz – dzień 2.

Rano spakowaliśmy mokry namiot, nie było niestety możliwości go osuszyć. Uznaliśmy, że najlepiej będzie, jak na kolejny camping dotrzemy trochę wcześniej, żeby go rozstawić. W końcu mokry namiot lubi zgnić.

Wyruszyliśmy w kierunku najtrudniejszej części treku, czyli Punta Union. Jest to przełęcz na wysokości 4750, musieliśmy więc podejść około 550 metrów. Ciężko było, z kilku powodów. Po pierwsze, znów łatwo zgubić ścieżkę (dla pewności szliśmy za jakimś panem z osiołkami). Po drugie wchodzi się po zboczu góry, która jest bardzo stroma i śliska. Po trzecie, to w końcu 4750 metrów nad poziomem morza, na takiej wysokości powietrze jest rzadkie (jakieś 52% gęstości która jest na poziomie morza), a organizm potrzebuje ciągle tyle samo tlenu. Szybko się męczyliśmy, robiliśmy sporo przerw. Ale finalnie doszliśmy 🙂

Ze szczytu przełęczy zeszliśmy na kemping Taullipampa, gdzie rozstawiliśmy namiot i poszliśmy podziwiać lagunę Arhuaycocha. W drodze złapał nas jednak deszcz i przemoczył do suchej nitki. Było już późno, więc szybkim krokiem zdecydowaliśmy się wrócić na kemping. Z racji tego, że rozstawiliśmy się w pobliżu wycieczki zorganizowanej, poszliśmy pogadać z przewodnikiem o jedzenie. Nie chcieli nam niczego sprzedać, ale za to dali nam makaron i pomidora, które ze smakiem zjedliśmy. W nocy znów padało, było zimno, a my przecież byliśmy zupełnie przemoczeni. Uznaliśmy, że najważniejsze, to mieć choć trochę suche buty i powiesiliśmy je pod sufitem namiotu, a na dole włączyliśmy palnik i rozpoczęliśmy akcję pt. dogrzewanie namiotu i suszenie butów. Bez spektakularnego sukcesu, ale przynajmniej były ciepłe 🙂

Santa Cruz – dzień 3.

Dzień zaczęliśmy tak samo jak skończyliśmy poprzedni, tj. suszenie. Rano znów nie dopisała nam pogoda, więc w kontekście namiotu była to praca syzyfowa. Mokre spodnie spakowaliśmy do plecaków (szliśmy w getrach), mokre buty założyliśmy na nogi, a mokry namiot złożyliśmy i wrzuciliśmy na plecak. Osuszyliśmy wszystko dopiero po powrocie do Huaraz.

Trasa Santa Cruz kończyła się w Cashapampie, do której doszliśmy po 7 godzinach marszu. Było łatwo i przyjemnie, ciągle z górki, z wysokości około 4100 zeszliśmy na 2900. W Cashapampie złapaliśmy collectivo do Caraz, później kolejny busik do Huaraz i około 19:00 byliśmy na miejscu. W Huaraz odpoczywaliśmy kolejne 2 dni.

Dnia którego wróciliśmy do Huaraz, były wybory prezydenckie i do parlamentu. Z tej okazji całe miejscowości były wymalowane hasłami typu „Todos somos Keiko” (imię jednej z kandydatek, z resztą zdobyła większość głosów), „Pablo – oportunidad i trabajo” itd. Jednym z kandydatów na prezydenta był Pablo Kuczynski. Nie ma on jednak większych związków z Polską, poza tym, że jego niemiecki ojciec urodził się we wsi pod Poznaniem.

Kończąc, jeszcze 2 zdania o śmieciach. Ogólnie ludzie nie dbają o czystość, jak jechaliśmy collectivo do Caraz, to nasza współpasażerka wyrzuciła opakowanie po jogurcie przez okno w samochodzie. Przewodnicy nie zbierają śmieci po swoich grupach. Na ulicach w Huaraz widać śmieci piętrzące się przy chodnikach, raczej nie widać miejskich śmietników. Ale to ich wybór, nie chce im się wyrzucać śmieci do śmietnika, to mają syf. A szkoda, bo bez tych wszędobylskich śmieci, kraj byłby jeszcze bardziej urokliwy.

Na jakiś czas opuszczamy wysokie góry, następne takie trekkingi dopiero w Himalajach. Kierujemy się teraz w stronę cieplutkiego wybrzeża Oceanu Spokojnego.

 

 

Reklamy