Kanion rzeki Colca to drugi najgłębszy kanion na świecie. Głębszy jest jedynie Cotahuasi, z resztą położony nieopodal, ledwie 150 metrów różnicy. Kanion w najgłębszym miejscu wznosi się na ponad 4000 metrów nad poziom rzeki i tym sposobem jest dwa razy głębszy niż Wielki Kanion Colorado.

Mieliśmy szczęście być nieopodal 🙂 Kanion w najbliższym miejscu znajduje się ledwie 3 godziny jazdy autobusem z Arequipy. My wybraliśmy się do miejscowości Cobanaconde (6 godzin z Arequipy), która jest zdecydowanie najpopularniejszym miejscem z którego można odbyć parodniowy trekking. Ogólnie to ciężka dziura, ludzie żyją tylko z kanionu, nie ma bankomatu, nigdzie nie można płacić kartą, koniecznie trzeba wziąć ze sobą gotówkę.

Na marginesie można by zadać pytanie – skoro w okolicy jest największy kanion na świecie, to dlaczego pojechaliście do tego drugiego na liście? I byłoby to bardzo dobre pytanie! Colca nie dość, że jest mniejsza niż Cotahuasi, to jest sporo droższa z biletem wstępu 70 soli vs 15 soli (1 sol to około 1,1 zł). Jedyne wyjaśnienie które przychodzi mi do głowy jest takie, że o Colce piszą we wszystkich przewodnikach, opisują ją kolejni blogerzy i jest tam dosyć dobrze rozwinięta infrastruktura turystyczna. No i ścieżki są dobrze wydeptane, bo co dziennie przemierzają je dziesiątki osób. Z kolei Cotahuasi jest bardziej na północ niż Colca, przez co dużo trudniej się do niego dostać (tzn. trzeba „objechać” Colcę dookoła) i dojazd tam jest wyprawą samą w sobie.

Poniżej mapka kanionu. Wejście od strony San Juan de Chucchu jest oddalone od Cobanaconde o jakies 2-3 kilometry, które trzeba przejść wzdłuż drogi dojazdowej do miejscowości. Nie jest ono niestety oznaczone, ale da się je poznać po handlarzach wodą i słodyczami. Jeśli ktoś planuje zacząć od strony Oazy (na niektórych mapkach opisana jako Sangalle) – wejście jest w samym Cobanaconde. mapa_trek_Colca01

W Arequipie jest mnóstwo biur podróży, które oferują 2-3 dniowy trekking po kanionie. Oczywiście można wykupić wycieczkę, mieć zapewniony transport, jedzenie, spanie i opiekę przewodnika w cenie. Biorąc jednak poprawkę na to, że cała infrastruktura jest już na miejscu, na trasie są sklepy, są hotele i pensjonaty (hostale), a trasy są wyraźnie wytyczone – nie ma to większego sensu. Chodzenie po kanione z przewodnikiem jest dobrym pomysłem wyłącznie dla osób, które niepewnie czują się na trasie na Morskie Oko.

Inaczej sprawa się ma w przypadku osób o słabszym zdrowiu. Fizycznie kanion jest dosyć wymagający. W miejscu do którego my schodziliśmy (stosunkowo płytkie) głębokość do poziomu rzeki wynosiła 1200 metrów. Zejście było dosyć strome, częściowo po piachu, częściowo po kamieniach. Pod koniec łydki dają o sobie znać, a stopa zaczyna lekko drżeć ze zmęczenia.

Schodzenie w dół jest jednak bardzo przyjemne dla oka, można zauważyć jak zmienia się krajobraz z wysokogórskiego na tropikalny. Oprócz flory, zmienia się również fauna. Na trasie towarzyszyły nam jaszczurki, których mamy zdjęcia. Pojawił się również półmetrowy, cętkowany na brązowo wąż, ale tego nie udało nam się sfotografować, bo Justyna przypadkiem na niego nadepnęła i uciekł 🙂 Dopiero później dowiedzieliśmy się, że węże w kanionie nie są jadowite.

Na dnie kanionu jest kilka małych mostów, niektóre w lepszym stanie, niektóre w gorszym. My, gdy osiągnęliśmy poziom rzeki w San Juan de Chuccho, od razu skierowaliśmy się w stronę Oazy, po drodze mijając Cosnirhua i Malata (Tapay sobie podarowaliśmy). Tam za jedyne 20 peso od osoby (22 zł/os) przenocowaliśmy w drewnianej chatce, obok mieliśmy basen zasilany wodą z wodospadu. Bardzo fajna opcja po całym dniu marszu.

Następnego dnia wyruszyliśmy około 10:20, będąc jednocześnie przekonani, że spokojnie zdążymy na bezpośredni autobus do Arequipy (ostatni odjeżdza z Cobanaconde o 14:00). Daliśmy więc sobie 3,5 godziny na wejście 1200 metrów w górę. Okazało się, że przeceniliśmy siły Jarka, który był świeżo po „świątecznym” zatruciu pokarmowym. Samo podchodzenie zajęło nam 2,5 godziny, do tego musieliśmy fundować sobie sporo przerw na odpoczynek i picie (łącznie 1,5 godziny) i finalnie wyszliśmy z kanionu za późno. Do Arequipy dojechaliśmy jednak jeszcze tego samego dnia, o 16:00 z Cobanaconde pojechaliśmy busem do Chivay, tam przesiadka i o 18:00 kolejnym busem pojechaliśmy do Arequipy, gdzie zameldowaliśmy się chwilę po 21:00. Odpoczywaliśmy tam kolejny dzień, byliśmy koszmarnie zmęczeni.

Nasza rada na wyjście z kanionu – jeśli ktoś planuje późne opuszczenie Oazy należy wziąć ze sobą więcej niż 2,5 litra na osobę. My mieliśmy po 2,5 l. i ostatnie metry podchodziliśmy na oparach, ledwo zipiąc. W kanionie jest bardzo gorąco, nie ma cienia (bo niby skąd?) i jedynym sposobem na ochłodę i odświeżenie jest woda, która schodzi w ekspresowym tempie. Rozsądną ilością jest 3,5 litra na osobę na sam marsz w górę. Wodę proponujemy kupować u straganiarzy np. w Malacie, bo w Oazie jest bardzo droga (15 soli za 2,5 litra, czyli kosmos).

Na koniec słówko o kondorach. Podczas naszego spaceru widzieliśmy kilka nad nami. Kondory to takie przerośnięte sępy, więc pewnie zwęszyły w nas padlinę, zwłaszcza po tym jak zorientowaliśmy się, że wzięliśmy za mało wody 🙂 Podczas powrotu busem swobodnie szybowały również nad drogą, mogliśmy więc je obserwować z bliska i naszym zdaniem (ale i nie tylko naszym) peruwiańskie kondory są większe niż te które widzieliśmy w Patagonii. I nie chodzi tylko o rozpiętość skrzydeł, ale i grubość karku. Są naprawdę ogromne. Jednak pomimo swoich rozmiarów szybują z ogromną gracją. Mamy nadzieję, że w Colce nie zobaczyliśmy ich po raz ostatni. DSC_0275

 

Reklamy