Przekroczyliśmy granicę Boliwii z Peru 22 marca. Boliwię zwiedziliśmy w stylu wyczynowym, jeżdżąc od jednego miejsca w drugie. Miejsca co prawda piękne, czuliśmy się jednak trochę zmęczeni podróżą. Potrzebowaliśmy przerwy, żeby na nowo zacząć się nią cieszyć. Na mini wakacje wybraliśmy Arequipę.

W Arequipie spędziliśmy około 5 dni, w zasadzie nie robiąc nic konkretnego. Chodziliśmy na spacery, na market, wieczorami oglądaliśmy House of Cards i przygody „Fazy”. No i sami gotowaliśmy sobie jedzenie, czyli robiliśmy coś, czego bardzo nam brakowało w Boliwii. Tam jedzenie na ulicy i w knajpkach jest bardzo tanie, ale i niezbyt smaczne. No chyba że kogoś przekonuje ryż z frytkami i lamą smażoną na głębokim tłuszczu, wtedy uzna Boliwię za kulinarny raj. W Peru z kolei kuchnia nie jest może tak ciężka, ale również nie przypadła nam do gustu. Zaskakujące jest to, że pomimo dużej dostępności naprawdę bardzo tanich i smacznych  warzyw (wspaniałe pomidory, kukurydza we wszystkich kolorach tęczy), ludzie wybierają głęboko smażonego kurczaka, a budki z „chicken broaster” są co 50 metrów.

Co do samej Arequipy – bardzo ładne miasto. W centrum spora część budynków zbudowana jest z białego kamienia, który ma pochodzenie wulkaniczne. Bardzo widowiskowo wygląda Plaza de Armas oraz okalające ją kościoły. Nad miastem górują 2 ogromne wulkany, z czego jeden z nich (Misti) jest naprawdę spory, ma prawie 6000 metrów i na górze śnieżną czapkę. Można się na niego wspiąć (wyprawa na 2 dni), jest łatwy, jedynym ograniczeniem jest aklimatyzacja na dużych wysokościach. My się nie zdecydowaliśmy.

W A. spędziliśmy okres świąteczny. Mają tu taką tradycję, że w Wielki Piątek odwiedza się 12 kościołów, jeden po drugim. Ludzie wychodzą więc z domów i całymi rodzinami przemierzają ulice, odliczając kolejne miejsca. Na trasie nie może oczywiście zabraknąć handlarzy „tego i owego” – od truskawek w karmelu, ponczu po skarpety. Ulice zamieniają się w jeden wielki targ.

A propos ponczu. Bardzo dobry na przeczyszczenie! Nie wiemy jakie bakterie żyją w lokalnej wodzie, ale nie lubią się z mieszkańcami naszych układów pokarmowych (a konkretnie Jarka, bo tylko on skusił się na ten przysmak). Po intensywnym leczeniu, pożegnałem się z zatruciem po około 24 godzinach. Do pełnej równowagi doszedłem jednak dopiero po kolejnych 2-3 dniach. Zatem od ponczu dużo bardziej polecamy okrutną w smaku, ale zawierającą konserwanty Inca Kolę 🙂

W Arequipie standardowo wybraliśmy się na free walking tour. Było trochę dziwnie, bo przewodnik sprawiał wrażenie osoby bardzo nieśmiałej. Ale wycieczka miała swoje smaczki, mogliśmy spróbować lokalnie wytwarzanej organicznej czekolady (bardzo dobra!) i napić się herbaty z kakaowca (niezbyt). Spotkaliśmy również kanadyjsko-polską rodzinę. Pani domu wyjechała do Kanady w 1980., tuż po maturze i dalszy scenariusz już raczej oklepany – kanadyjski mąż, dzieci, wizyty w Polsce co 10 lat.

Będąc w A. załapaliśmy się również na 2 mecze w ramach eliminacji do mundialu w Rosji – Peru grało z Wenezuelą i Urugwajem. Bardzo fajnie oglądało się oba w lokalnym towarzystwie. Peruwiańczycy bardzo żywiołowo reagują na piłkę nożną, oglądanie meczu pochłania ich całą uwagę, na chwilę odrywają się jedynie po to, żeby otworzyć piwo lub zapalić kolejnego papierosa. Oprócz otoczki, również same mecze były bardzo dobre. Gra jest bardziej otwarta i szybsza niż w Europie. Niestety Peru w tych dwóch meczach zdobyło zaledwie 1 punkt (z resztą wyszarpany w ostatniej akcji meczu z Wenezuelą).

Arequipa służyła nam również jako miejsce wypadowe do kanionu Colca, gdzie zrobiliśmy 2-dniowy trekking, ale o tym w następnym wpisie.

 

Reklamy