Po zjechaniu rowerem Drogą Śmierci z La Paz do Yolosi pojechaliśmy od razu do Rurrenabaque, które jest miejscowością wypadową do Parku Narodowego Madidi. Mieliśmy tam nadzieję znaleźć dżunglę z prawdziwego zdarzenia, czyli nareszcie coś innego niż płaskowyż, kaniony, wulkany i chłodne noce. Nowe emocje. Znaleźliśmy je szybciej niż się spodziewaliśmy. Oddaliśmy rowery, pomachaliśmy na autobus i 5 minut później zorientowaliśmy się, że Droga Śmierci wcale się nie skończyła. Otóż przez kolejne 80 kilometrów jechaliśmy autobusem taką samą drogą, jaką zjeżdżaliśmy rowerem. A droga jest po prostu szokująca. Momentami szeroka na 3 metry, nieutwardzona, bez barierek, z parusetmetrowym urwiskiem. Na najgorszych odcinkach ruch jest lewostronny, tj. pojazdy zjeżdzające w dół jadą bliżej urwiska. Mijanki z TIRem to koszmar, zwłaszcza jak autobus cofa do punktu, gdzie teoretycznie jest trochę szerzej. Google podpowiada takie zdjęcie.camino-de-la-muerte-boliviano

Po dotarciu na miejsce, gdy adrenalina już przestała buzować, położyliśmy się po prostu spać, zmęczeni zarówno fizycznie, jak psychicznie.

Mając taki punkt odniesienia, pampa, bo jednak do typowej dżungli nie trafiliśmy, była naprawdę łagodna. Wykupiliśmy wycieczkę jeszcze w La Paz, 3 dni za 560 boliwianów, czyli jakieś 340 złotych od osoby (na miejscu cena wynosiła 500 boliwianów). Podróżowaliśmy w łodzi z parą Rosjan (Igor i Wiera), Kanadyjczyków (Kieran i Alissa) i francuskim Włochem (Massimiliano). Naszym przewodnikiem był nie pamiętamy kto. On z resztą też nas nie pamięta, bo nawet nie zapytał jak się nazywamy. Tak, przewodnik był najsłabszą częścią naszej pampaskiej przygody. Ale mniejsza z nim.

Pierwszego dnia dotarliśmy do bazy, przywitaliśmy się z lokalnymi kajmanami (Pedro i jego kolega, który warował przy prysznicach), wypiliśmy piwo i pojechaliśmy podziwiać zachód słońca. Ostatnie 3 zdjęcia to efekt długiego naświetlania, w rzeczywistości noc w dżungli jest czarna.

W lokalnych krzaczkach i na drzewach mieszkają małpy, swoje gniazda mają przeróżne ptaki (kormorany, orły, indyki). Nie wszystkie udało nam się sfotografować. Ale kilka tak!

 

Drugiego dnia popłynęliśmy podziwiać wschód słońca, by później szukać anakondy. Szczęśliwie jej nie znaleźliśmy, ale za to były konie. Ogólnie anakonda nie jest najszczęśliwszym zwierzęciem na świecie gdy się ją dotyka. Nie dość, że się bardzo stresuje, to jeszcze w ludzkiej skórze występują enzymy które są dla niej trujące. Dlatego sporo z nich zdycha po kontakcie z człowiekiem. A chyba nie o to w tej zabawie chodzi.

Następnie popłynęliśmy w miejsce, gdzie występują różowe delfiny rzeczne. Tam gdzie one są, tam nie ma kajmanów i innych wodnych drapieżników (poza piraniami). Można więc było wskoczyć do rzeki i się z nimi wykąpać. Brunatny odcień wody nie zachęcał do pływania. Justyna więc nie skorzystała, za to Jarek zaryzykował. Póki co nie wyrosło mu 3. oko 🙂

Delfiny z kolei słabo pozowały, ale chyba taka ich natura, wynurzają się tylko na chwilę. Onieśmielone, bawiły się z nami chwilę, po czym znikały.

Ostatniego dnia popłynęliśmy w poszukiwaniu zwierzaków, a następnie na łowienie piranii. Nikomu poza przewodnikiem się ta sztuka nie udała. Stąd brak zdjęć z połowów. Za to małpy i kapibary były ekstra!

Ogólnie wycieczkę należy zapisać na plus. Zwierzaki dopisały, było bezpiecznie. Przekonaliśmy się jednak, jak ważna jest osoba przewodnika, który może dać coś ekstra, co sprawi, że coś fajnego robi się rewelacyjne. U nas tego „ekstra” po prostu zabrakło.

Ale za to grupkę mieliśmy rewelacyjną!DSC02457

Reklamy