Droga z Arica do La Paz jest naprawdę urokliwa i przecina 2 parki narodowe (Lauca w Chile i Sajama w Boliwii), natomiast może przysporzyć sporego bólu głowy osobom, które wjeżdzają na duże wysokości po raz pierwszy. Otóż Arica jest na wysokości morza, Lauca na 4500, La Paz ok 3500 – wszystko w ledwie 8 godzin.

Samo La Paz przywitało nas deszczową pogodą, dlatego uznaliśmy, że nie ma sensu zostawać na dłużej i następnego dnia kupiliśmy bilety na nocny autobus do Uyuni. Wyjazd o 20:00, planowany przyjazd 6:00, na zdjęciach autobus wyglądał bardzo nowocześnie. Rzeczywistość jednak była lekko odmienna, autobus raczej z początków lat 90., silnik warkotał i furkotał niemiłosiernie, a z rury wydechowej wydobywały się czarne opary. Po tym wnioskujemy, że normy emisji spalin w Boliwii są raczej mało wymagające, dobry rynek dla Volkswagena. Natomiast na miejsce przyjechaliśmy o dziwo przed czasem, o 3:40. Uyuni to miasto gdzie diabeł mówi dobranoc, tym bardziej przed 4 w nocy, kierowca więc ulitował się nad nami i pozwolił spać w autokarze do 6:15.

Po odebraniu naszych bagaży poszedł do nas sprzedawca z jednej z agencji turystycznych w mieście, oferując 3 dniową wycieczkę po solnisku (Salar de Uyuni) oraz okolicach. Na to czekaliśmy. Celowo nie kupiliśmy wycieczki w La Paz, bo podejrzewaliśmy, że poza sezonem nie powinno być kłopotu z zakupieniem wycieczki w dobrej cenie na miejscu. Tak też było, zapłaciliśmy za 3 dniową wyprawę po 100 dolarów od osoby. Cena raczej nieosiągalna w agencjach w La Paz, tym bardziej w Chile (park jest blisko granicy, można wykupić wycieczkę w Chile w San Pedro de Atacama, przy czym cena to około 200 dolarów od osoby).

O 10:00 byliśmy już w samochodzie, jechaliśmy z 4 innymi osobami – para z Francji (Natalie i Tom) i para z Chile i Anglii (Barbara i Tom). Nasz kierowca (Alvaro) był oczywiście Boliwijczykiem, wozi turystów już od 5 lat, choć ma dopiero 22 lata. Alvaro był jednocześnie kierowcą, przewodnikiem i kucharzem, w każdej roli sprawdził się znakomicie.

Dzień 1

Najpierw pojechaliśmy na cmentarz pociągów. W regionie w którym znajduje się Uyuni wydobywa się mnóstwo minerałów (m.in. lit, miedź, złoto, srebro, arszenik, siarkę), które są wysyłane w świat z portów w Chile, do których to wiedzie trasa kolejowa z Boliwii.

Następnie pojechaliśmy oglądać główny punkt programu, czyli solnisko. Jest ono całkiem spore, bo 11 tysięcy kilometrów kwadratowych. Miejsce jest pozostałością po słonym jeziorze, z którego odparowała woda z powodu braku opadów.Ciachnęliśmy kilka zdjęć, w tym hotelu w którym spaliśmy (wykonany z soli!).

Dzień 2

Drugiego i trzeciego dnia nie oglądaliśmy już soli. Drugiego dnia najpierw pojechaliśmy na pustynie. Jedna z nich to tak naprawdę wyschnięty kawałek oceanu wraz z rafą koralową (3. zdjęcie z małą lamą siedzącą wokół koralowców, które wyglądają jak kamienie). Pojechaliśmy też w okolice wulkanów, które w swoim czasie wyrzuciły skały o surrealistycznych kształtach.

Po południu pojechaliśmy oglądać różnokolorowe laguny, żyjące na wolności flamingi i lamy. W niektórych lagunach występuje arszenik, więc zwierzaków raczej w okolicy nie było 🙂 Ale były i takie laguny, które tętniły życiem.

Dzień 3

Zaczęliśmy go bardzo wcześnie, pobudka o 3:30, żeby spakować plecaki i załadować je na samochód o 4:00, zjeść śniadanie i pojechać na gejzery o 4:30. Nie wszystko poszło zgodnie z planem, wyjechaliśmy sporo później, za to mieliśmy czas żeby zrobić kilka zdjęć nieba. Zdjęcia naświetlały się 30 sekund.

O świcie byliśmy już przy gejzerach. Słońce wstawało bardzo powoli, a świt jest bardzo wdzięczny jeśli chodzi o zdjęcia. Oprócz pary wodnej, gejzery wyrzucają też siarkę, dlatego nie można przy nich przebywać zbyt długo. Nieopodal gejzerów znajdują się też bajorka z bulgocącym błotem. Krajobraz jak z filmów fantasy.

Z gejzerów pojechaliśmy do Laguna Verde, skąd dalej do gorących źródeł, w których moczyliśmy się około 1 godziny. Na miejscu spotkaliśmy sporą grupkę Polaków, którzy przyjechali do Peru i Boliwii na miesiąc.

W drodze powrotnej zahaczyliśmy o kanion, którego nazwy niestety nie pamiętamy., natomiast laguna nazywa się Laguna Negra. Ani ta laguna, ani kanion nie są na trasie wycieczek, zrobiliśmy je dodatkowo, dzięki uprzejmości naszego kierowcy. Nadrobiliśmy trochę kilometrów żeby go obejrzeć, ale zdecydowanie było warto, widok wspaniały. Zieleń aż raziła w oczy. Miła odmiana po 3 dniach oglądania różnych pustyń i lagun 🙂

Zajechaliśmy z powrotem do Uyuni około godziny 18:00, na 20:00 wykupiliśmy autobus nocny do La Paz.

Łącznie w 3 dni zrobiliśmy ponad 1100 kilometrów. Okazuje się, że pustynia to nie tylko piasek czy sól, ale również niesamowite krajobrazy. Jak dotychczas z całej Ameryki Południowej jest to nasz numer 1 (wspólnie z Torres del Paine).

Reklamy