Wylądowaliśmy w El Calafate wczoraj o 9:00 rano. Zabukowaliśmy sobie hostel w, jak nam się wówczas wydawało, nieopodal położonej miejscowości Puerto Natales (Chile). Dopiero po zakupie biletu na samolot, szukając transportu z jednej miejscowości do drugiej, okazało się, że mamy do pokonania ponad 300 km!

Nigdy nie wierzcie mapom. Ameryka Południowa jest ogromna.

Co gorsza, okazało się, że ostatni autobus do Puerto Natales odjechał o 8:00, czyli godzinę przed naszym przylotem. Żeby więc nie zmarnować opłaconego już hostelu, zdecydowaliśmy się na łapanie stopa. Zrobiliśmy szybkie zakupy w markecie w El Calafate, napisaliśmy wielkimi literami FRONTERA na kartonie od zeszytu i poszliśmy w stronę drogi wylotowej. Mieliśmy sporo szczęścia, ponieważ udało nam się złapać pierwszego stopa po 20 minutach marszu (nie doszliśmy nawet do wylotówki). Kierowca jechał do Rio Gallegos, podrzucił nas więc 150 km, do miejscowości Esperanza, skąd łapaliśmy kolejnego. Udało się po około 2 godzinach, choć sytuacja początkowo wyglądała na beznadziejną, bo w ciągu pierwszej godziny przejechało jakieś 10 samochodów, a przez kolejne pół godziny nie przejechało kompletnie nic. Ale udało się 🙂 Dowiezieni do granicy, zostało nam jeszcze 20 km, które w ostateczności mogliśmy pokonać pieszo. W Chile jednak udało nam się złapać już 3. samochód który nas mijał.

Byliśmy na miejscu o 19:20, więc pokonaliśmy 300 km w około 8 godzin, na 3 razy. Tak zajebisty wynik należy przypisać wyłącznie Justynie (dla której z resztą był to pierwszy autostop w życiu, mamy nadzieję, że nie jest to wyłącznie szczęście początkującego).

Co do samych stopów to każdy z nich miał swój koloryt. Pierwszym kierowcą (od El Calafate do Esperanza) był kierowca TIRa, który przewoził „to i owo” po całej Patagonii. Poczęstował nas swoją mate, którą zagotowaliśmy podczas jazdy. W kabinie miał małą kuchenkę na gaz, butlę z gazem, mały czajnik i kanister z wodą. Tak, Justyna gotowała wrzątek w jadącym samochodzie. Ogólnie kierowca był bardzo miły, a zapytany czy lubi swoją pracę odpowiedział, że tak, choć często tęskni za rodziną. Pokazał nam jej zdjęcia, my pokazaliśmy zdjęcia swoich rodzin (choć ja głównie swojej chrześnicy, Natalii). W podzięce daliśmy mu magnez na lodówkę z napisem „Polska” i jakimiś łowickimi wycinankami. Bardzo się ucieszył 🙂

Z kolei drugi kierowca (ten który ulitował się nad nami w Esperanzie i dowiózł do granicy) jechał z żoną i 2-letnim dzieckiem Fordem Escortem. Niby nie miał miejsca, a jednak nas wziął. Puścił głośno muzykę, więc nie czuliśmy się zobligowani do zagadywania go. Również daliśmy mu mały prezent z Polski (podstawkę pod kubek z obrazkami z Warszawy).

Z kolei do samego Puerto Natales podrzuciła nas rodzinka (mąż i żona) z Chile, która mieszkała w Puerto Natales. Poczekali na nas nawet na przejściu granicznym z Chile, aż wyrobimy się z wypełnianiem formularzy itd. Nie musieli, mogli pojechać, a jednak zostali. Im nic nie daliśmy, niestety nie mamy tylu prezencików ze sobą, żeby rozdawać każdemu 😦

Samo Puerto Natales to stosunkowo mała mieścina, żyjąca z turystyki. Nic ciekawego, więc poniżej same widoki.

Dziś zrobiliśmy zakupy, dokupiliśmy brakującego sprzętu do wyprawy do Torres del Paine (kije, gaz do kuchenki, trochę jedzenia), naładowaliśmy power banki, aparaty i telefony oraz rozpisaliśmy sobie trasę na najbliższe 5 dni. Będziemy spali pod namiotem, mamy do przejścia 100 km po pięknych górach, niedaleko południowego krańca świata. Jaramy się tym.

Zatem, do następnej środy lub czwartku, bez odbioru!

Reklamy