Przyjechaliśmy do Buenos Aires 30 stycznia po południu. Na pierwsze 2 noce wynajęliśmy hostel, na kolejną znaleźliśmy hosta przez couchsurfing. Jeśli ktoś nie słyszał o couchsurfingu – jest to społeczność osób (1) podróżujących i (2) mogących użyczyć innym noclegu / oprowadzić po mieście / pójść na kawę lub piwo. Taki sposób podróżowania ma sporo plusów, bo poznaje się lokalsów, a poza tym jest darmowe i bezpieczne. Host z kolei ma okazję poznać osoby z innych kultur oraz może samemu pozbierać rekomendacje (im więcej ma się rekomendacji, tym większą ma się wiarygodność i łatwiej jest samemu znaleźć hosta gdy się potrzebuje).

Hostel który zarezerwowaliśmy okazał się być świetnym miejscem. Zlokalizowany w dobrej dzielnicy (Recoleta), z dużym tarasem oraz małym pubem w środku (butelka wina 25 zł, korzystaliśmy). Pierwszej nocy na tarasie był mały koncert jakiegoś amatorskiego zespołu, wzięliśmy stolik w pierwszym rzędzie 🙂IMG_20160130_205650

Ogólnie fajny klimat, dużo wspólnej przestrzeni, wyposażona kuchnia, kilka łazienek, bardzo przyjaźnie. Nasz numer 1 jak na razie. Sam hostel był prowadzony przez 2 Rosjanki, które parę lat temu wyjechały od Putina w poszukiwaniu lepszego życia.

1 lutego przenieśliśmy swoje graty do Mario, który odpowiedział na nasze zapytanie na CSie. Bardzo sympatyczny człowiek, który jest w Buenos Aires w delegacji i przyjął nas do mieszkania które wynajmuje dla niego pracodawca. Kibic River Plate, 3 razy w tygodniu po pracy chodzi na piłkę. Kojarzyłem kilku piłkarzy sprzed lat z tego klubu (Javier Saviola, Juan Pablo Angel, Ariel Ortega, kto grał w Championship Managera ten wie), dodałem do nich Martina Palermo (to ten który nie strzelił 3 karnych w meczu z Boliwą w którymś Copa America). Palermo okazał się być jednak z Boca Juniors, co zostało szybko wyłapane. Łącznie spędziliśmy u Mario 2 wieczory podczas których próbowaliśmy mówić po hiszpańsku (czego nie wiedzieliśmy uzupełnialiśmy po angielsku), zostaliśmy poczęstowani picadą, piliśmy wino i opowiadaliśmy o Polsce. Mario jest kolejną osobą spotkaną w naszej podróży, która w najbliższym czasie wybiera się do Polski, niestety tylko na 4 dni, następnie do Czech. Dlatego poleciliśmy mu Kraków (+obóz w Auschwitz, sam chciał) oraz Wrocław, skąd jest blisko do Pragi.

O Buenos Aires

Samo Buenos Aires zrobiło na nas kapitalne wrażenie. Piękne miasto, dla mnie trochę przypominające Londyn. Dzielnica biznesowa zlokalizowana w okolicy portu, budynki z dużą liczbą zdobień (nie wiem jaki to styl, secesja?), szerokie aleje przecinające miasto. I czyste. Do tego sami mieszkańcy wyglądający na zadowolonych, zwłaszcza Ci którzy z dziećmi grali w parkach w piłkę. Mam wrażenie, że jakby mieszkańców BA przenieść do Warszawy to nie byłoby problemu pustych orlików 🙂

Co do bezpieczeństwa – nie mieliśmy żadnej stresującej sytuacji, więc z naszej perspektywy jest ok. Natomiast lokalsi mówili, że na obrzeżach bywa różnie, dodatkowo lepiej nie ryzykować spaceru po dzielnicy La Boca (Ci od Boca Juniors). Posłuchaliśmy.

Pierwszego i drugiego dnia naszego pobytu poszliśmy na Free Walking Tour (http://buenosairesfreewalks.com/) po Recolecie i Centrum. Zwłaszcza po Centrum mieliśmy naprawdę świetnego przewodnika, który nie dość że opowiadał o historii BA i miejsc które odwiedzamy, to jeszcze dał wspaniały wykład na temat kryzysów które średnio co dekadę nękają Argentynę. Mówił o nich z perspektywy mieszkańca, który pewnego dnia dowiaduje się, że rząd właśnie zezwolił bankom na niewypłacanie pieniędzy z depozytów, o tym jak sztywny kurs peso do dolara doprowadził do hiperinflacji, „zasługach” MFW w kryzysie z 2002 roku, o tym w jakich okolicznościach Argentyna wypowiedziała Wielkiej Brytanii wojnę o Falklandy (Malwiny) i jak ją przegrała z kretesem, korupcji w kolejnych rządach. Przede wszystkim wszystko co mówił miało ręce i nogi, było logiczne, a przez to zrozumiałe dla turysty który przyjechał tylko na kilka dni i chciałby dowiedzieć się co nieco o Argentynie. Daliśmy napiwek nieco większy niż zwykle.

W galerii poniżej: pierwsze zdjęcia to cmentarz w Recolecie, dalej Centrum, pod koniec uliczne protesty (w Argentynie obecnie łamie się prawa człowieka), a ostatnie zdjęcie przedstawia przywiązanie Argentyńczyków do Falklandów (są zaznaczone jako argentyńskie).

Lot do El Calafate

Mieliśmy lot z Buenos Aires do El Calafate 3 lutego o 6:00 rano. Lotnisko z którego lecieliśmy znajduje się spory kawałek za BA, dlatego zdecydowaliśmy się na manewr pt „nocka na lotnisku”. Pojechaliśmy zwykłym autobusem (o 23:00, podróż trwała 2 godziny), na terminalu znaleźliśmy przytulny kącik, kłódką spięliśmy bagaże, rozłożyliśmy karimaty i w kimę! Pobudka o 3:50, odprawa bagaży i o 9:00 rano powitało nas El Calafate.

Dlaczego nie pojechaliśmy później? Bo dodatkowe 2 godziny snu lub siedzenia w BA kosztowałyby nas około 300 złotych (tyle kosztuje specjalny nocny autobus na lotnisko).

 

Bilety, czyli jak ich nie kupować

Do BA trzeba się jakoś dostać, a po paru dniach jakoś się wydostać.

Droga „do” była promem z Montevideo (a w zasadzie z Colonia del Sacramento), płynęliśmy katamaranem Seacat, który wydawał nam się tańszy co najmniej o połowę od pozostałych przewoźników. Prawda miała jednak dopiero wyjść na jaw za kilka dni, jak zobaczyłem na karcie ile ściągnęło mi środków. Otóż okazało się, że Seacat denominował swoją ofertę w peso argentyńskich a nie urugwajskich (1 zł to 3 peso argentyńskie i 7 urugwajskich). Dlatego katecheza nr 1: zanim kupisz, sprawdź walutę 🙂

Katecheza nr 2 dotyczy spreadów na kursie walutowym dla drogi „z” BA do El Calafate. Zakupiliśmy lot przez internet którego cena była podana w EUR korzystając z karty dolarowej. Kurs EUR do USD wynosił w tym dniu 1,09, natomiast przeliczenie odbyło się po kursie 1,2. Z tej przycinki wyszliśmy na minusie jakieś 70 zł. Dlatego treść katechezy brzmi „kartą USD kupuj w USD”.

Polacy

Jest nas tutaj dużo, mówię o Ameryce Południowej w ogóle. W Buenos Aires spotkaliśmy Mateusza, który pracuje zdalnie i ostatnie 3 miesiące spędził na podróżowaniu po Boliwii, Peru, Chile i Argentynie. Poznaliśmy się, bo siedział przy murku sącząc litrowe piwo, a my przeszliśmy obok rozmawiając po polsku. Z kolei w samolocie do El Calafate poznaliśmy innego podróżnika, którego rozpoznaliśmy po tym jak powiedział „O Jezus Maria!” jak oblał mnie herbatą w samolocie 🙂 Z kolei w Puerto Natales mieszka Polka która maluje krajobrazy.

 

Reklamy